
Jeśli pierwsza warstwa legend świętokrzyskich wyrasta z Łysej Góry, Świętego Krzyża i dawnych opowieści założycielskich, to druga rodzi się z lęku. To już nie tylko góra i święte znaki, lecz także las, noc, podziemia, rzeka i pusty trakt. To właśnie tam mieszkają zbójnicy, duchy, wodne demony i nocne zjawy, które przez wieki tłumaczyły ludziom to, czego nie umieli nazwać inaczej: nagłą śmierć, zdradę, pożądanie, karę, niesprawiedliwość i tajemnicę miejsc, do których lepiej było nie chodzić po zmroku. Festiwal Mocy na swojej stronie gromadzi dziś opowieści z tego kręgu, a Park Legend pokazuje je jako ważną część niematerialnego dziedzictwa regionu.
W tej części wchodzimy właśnie w ten ciemniejszy nurt świętokrzyskiej wyobraźni. Pojawią się więc zbójnicy z Łysogór, bohaterka, która poświęciła życie za Sandomierz, duch husarza pilnujący ruin, dziewczyna wracająca z niewoli z relikwiami, a także demony, które mieszkały przy wodzie, w zbożu i w nocnym oddechu śpiącego człowieka. To już nie są legendy o początku. To legendy o próbie, winie, ofierze i przetrwaniu.
Zbój Madej
Dawno temu, kiedy świętokrzyskie bory były gęstsze i bardziej dzikie niż dziś, kupcy bali się nie tylko wilków i rozbitych dróg, ale przede wszystkim ludzi kryjących się w cieniu. Wśród nich najgorszą sławą cieszył się Madej. Mówiono, że znał wszystkie dukty, wszystkie miejsca zasadzki i wszystkie ludzkie słabości. Jednej nocy, gdy bogaty kupiec wracał z Krakowa i ugrzązł w błocie, z ciemności wyszedł tajemniczy pomocnik. Pomógł wydobyć wóz, lecz zażądał zapłaty: tego, co kupiec zostawił w domu, a o czym jeszcze nie wie. Tak zaczęła się opowieść o cyrografie, diable i chłopcu, który miał zostać wydany piekłu. Z czasem historia splotła się z postacią samego Madeja i z jego pokutą, a świętokrzyska tradycja ulokowała tę legendę w okolicach Łagowa, Łysicy i Jaskini Zbójeckiej.
Ale największa siła tej opowieści nie leży w rozboju ani w strachu. Leży w przemianie. Madej, który miał być człowiekiem straszliwym i niezdolnym do litości, zostaje doprowadzony do chwili, w której musi zobaczyć własny los po drugiej stronie śmierci. Wtedy zaczyna się pokuta. Maczuga wbita w ziemię, woda noszona w ustach, rozdawanie zagrabionego majątku, oczekiwanie, aż martwe narzędzie zbrodni zakwitnie. Gdy wreszcie jabłka zamieniają się w białe gołębie, legenda mówi wprost: nawet największy grzesznik może się odmienić, ale nikt nie zostaje rozgrzeszony bez bólu, prawdy i długiego dojrzewania do skruchy. Madej uczy więc nie pobłażliwości dla zła, lecz tego, że prawdziwe odkupienie zawsze kosztuje.
Zbój Kak
Jeżeli Madej był cieniem zbójnickiej legendy, to Kak był jej jaśniejszą stroną. W podaniach z Kakonina nie jest przedstawiany wyłącznie jako rabuś, ale jako człowiek, który zabierał bogatym i dzielił się z biednymi. Ukrywał się na stokach Łysicy, znał leśne przejścia, napadał na wozy i biskupie karocę, ale mieszkańcy Łysogór widzieli w nim kogoś więcej niż przestępcę. W jednej z najważniejszych wersji tej legendy porywa siostrzenicę biskupa, zakochuje się w niej, a ona odwzajemnia to uczucie. Ich miłość nie kończy się jednak szczęśliwie — ginie ona, ratując go przed strzałą, a Kak trafia na szubienicę. W pamięci ludzi pozostaje pieśń, leśna kryjówka i sama nazwa Kakonina, którą podanie wywodzi właśnie od niego.
Legenda o Kaku jest ważna, bo wprowadza do świętokrzyskiego folkloru motyw zbójnika rozdartego między przemocą a sercem. Nie jest czystym bohaterem, ale nie jest też wyłącznie potworem. To ktoś, kto łamie prawo, a jednocześnie budzi wdzięczność ubogich. Kto kocha, lecz nie potrafi uciec własnemu losowi. Ta opowieść uczy, że ludzka natura bywa niejednoznaczna, a dobro i zło często mieszają się w człowieku bardziej, niż chcielibyśmy przyznać. Kak przypomina, że nie każda legenda ludowa dzieli świat na świętych i grzeszników — czasem pokazuje raczej tragiczne uwikłanie człowieka w miłość, przemoc i przeznaczenie.
Halina Krępianka
W Sandomierzu pamięć o Halinie Krępiance ma w sobie coś szczególnego: nie jest to opowieść o potworze ani o karze, ale o ofierze. Według legendy Halina była córką Piotra z Krępy, związaną z tragicznymi wydarzeniami tatarskich najazdów na Sandomierz. Gdy miastu po raz kolejny zagroziła zagłada, Halina nie wybrała ucieczki. Poszła do obozu tatarskiego, udając zdrajczynię własnego miasta, i obiecała napastnikom, że poprowadzi ich tajnymi podziemiami prosto do środka grodu. Tatarzy uwierzyli. Zeszli za nią do podziemnych korytarzy. A wtedy mieszkańcy zasypali wyjścia, grzebiąc najeźdźców pod ziemią. Razem z nimi zginęła i Halina. Sandomierz ocalał, ale tylko dlatego, że ktoś zgodził się nie wyjść z tunelu żywy.
Ta legenda jest jedną z najmocniejszych opowieści heroicznych regionu, bo nie buduje bohaterki na sile fizycznej ani cudzie, lecz na świadomej decyzji. Halina wie, że prowadzi wrogów ku śmierci, ale wie też, że sama z tej drogi nie wróci. Uczy więc, że miłość do miejsca i wspólnoty nie jest pustym słowem. Czasem oznacza zgodę na najwyższą cenę. Z tej właśnie przyczyny legenda o Halinie Krępiance wraca nie tylko jako opowieść o Sandomierzu, ale jako przypomnienie, że największą odwagą nie zawsze jest walka mieczem — czasem jest nią wejście w ciemność ze świadomością, że robi się to dla innych.
Widmo husarza na murach Krzyżtoporu

Krzyżtopór w Ujeździe to ruina, która nawet bez legendy wygląda tak, jakby coś w niej jeszcze trwało po zmroku. I właśnie dlatego narosło wokół niej tyle podań. Najbardziej znane mówi o husarzu pojawiającym się nocą na murach zamku. Według jednej wersji straż obudził kiedyś tętent koni, lecz gdy wyjrzała poza mury, zobaczyła tylko jednego jeźdźca w husarskiej zbroi. Rozpoznano w nim Krzysztofa Baldwina Ossolińskiego. Otworzono bramę, lecz postać rozpłynęła się we mgle. Wkrótce potem nadeszła wiadomość, że właściciel zamku rzeczywiście zginął w bitwie. Od tamtej pory jego duch miał wracać na śnieżnobiałym rumaku, by pilnować ruin własnego domu. Inne opowieści dodają jeszcze podziemne tunele, ukryte skarby i licho strzegące beczek pełnych monet.
Legenda o widmie husarza nie jest tylko historią o duchu. To opowieść o tym, że wielka pycha, wielkie bogactwo i wielka budowla nie gwarantują spokoju ani trwałości. Krzyżtopór miał olśniewać świat przepychem i symboliką, a stał się ruiną. Duch jeźdźca pilnujący murów przypomina więc, że człowiek może zbudować potężny dom, lecz nie zatrzyma czasu. Z tej opowieści płynie lekcja o marności chwały i o tym, że nawet największe dzieło bezsilne jest wobec śmierci, wojny i przemijania.
Adelajda z Dębna i zagrabione relikwie
We wsi Dębno stoi figura z napisem upamiętniającym Adelajdę Habdank — dziewczynę, która miała przyczynić się do powrotu relikwii Drzewa Krzyża Świętego na Łysą Górę. Według legendy w czasie najazdu relikwie zostały zrabowane, a sama Adelajda trafiła do niewoli. Podróż przez ziemie najeźdźców była ciężka, pełna cierpienia i śmierci, ale ona przeżyła i dotarła daleko od rodzinnych stron. Tam, dzięki mądrości, odwadze i wpływowi, jaki zyskała, doprowadziła do tego, że świętość wróciła na swoje miejsce. W jednej wersji jej słowa przekonują pogan, że nie wolno bezkarnie zatrzymywać „Lackiego Krzyża”; w innej sama uczestniczy w drodze powrotnej relikwii. Tak czy inaczej, to kobieta staje się tu pośredniczką między świętością a światem przemocy.
Legenda o Adelajdzie uczy, że siła nie zawsze objawia się w bitewnym geście. Czasem większą moc ma wytrwałość, mądrość i słowo wypowiedziane w odpowiedniej chwili. To także opowieść o tym, że to, co święte, może zostać zbezczeszczone, ale może też zostać odzyskane dzięki odwadze jednostki. W świętokrzyskim pejzażu Adelajda należy do tych postaci, które nie walczą mieczem, a mimo to odmieniają bieg wydarzeń. Jej legenda przypomina, że wierność temu, co najważniejsze, niekiedy wymaga długiej drogi przez obcy i wrogi świat.
Utopiec
Nie wszystkie świętokrzyskie strachy mieszkają w zamkach i lasach. Niektóre czają się tam, gdzie woda wygląda spokojnie, a dno wydaje się bliskie. Utopiec, zwany też topielcem, był w ludowej wyobraźni duchem człowieka, który zginął w odmętach albo nie zaznał spokoju po śmierci. Wyobrażano go sobie jako istotę śliską, mokrą, zielonkawą, żyjącą w stawach, wirach i rzekach. Potrafił wciągać pod wodę nieostrożnych kąpiących się, płoszyć bydło przy brodach, a nocą wychodzić na brzeg, by zwodzić człowieka. Na stronie Festiwalu Mocy motyw ten został wprost powiązany z ziemią świętokrzyską i z rzekami Kamienną oraz Czarną, przy których topielec miał czyhać na tych, którzy nie szanowali wody ani zmroku.
Utopiec uczy przede wszystkim szacunku dla żywiołu. W dawnym świecie rzeka nie była widokiem z pocztówki, lecz siłą zdolną zabrać człowieka bez śladu. Demon wodny pomagał to zrozumieć. Był przestrogą dla dzieci, pasterzy i każdego, kto uznałby wodę za coś całkiem oswojonego. Dlatego utopiec nie jest jedynie strachem z podań. To ludowa pamięć o tym, że żywioł nie musi być zły, by być śmiertelnie groźny. A człowiek, który lekceważy granicę, często sam ją przekracza zbyt daleko.
Południce
Najczęściej mówi się o nich jak o demonach pól, ale świętokrzyska legenda nadaje im jeszcze bardziej mroczny rys. W opowieści związanej z rzeką Czarną południce nie pojawiają się wyłącznie nad łanami, lecz ciągną człowieka ku wodzie w samym środku dnia, gdy skwar odbiera rozsądek, a ciało mięknie od zmęczenia. Pastuszek Jaś schodzi do rzeki, by się ochłodzić, i nagle czuje, że coś trzyma go za nogę. Z głębi wychyla się ciemna zjawa. Chłopak przypomina sobie ojcowskie ostrzeżenie: w południe nad wodą nie wolno igrać, bo wtedy wychodzą południce. Udaje mu się uciec tylko dlatego, że dotyka brzegu. Granica ziemi i wody okazuje się granicą życia.
Ta opowieść uczy więcej niż ostrożności. Mówi o porze dnia, która pozornie wydaje się najbezpieczniejsza, bo przecież świeci słońce i wszystko widać. Tymczasem właśnie w południe człowiek staje się słabszy, rozproszony, uśpiony gorącem. Południca przypomina więc, że zagrożenie nie zawsze przychodzi z nocą. Czasem przychodzi wtedy, gdy zbyt łatwo uwierzymy, że nic nam nie grozi. To legenda o złudnym bezpieczeństwie i o tym, że przyroda ma swoje godziny, których lepiej nie lekceważyć.
Wiły i Solemir
Nad Wisłą mrok bywał piękny. Tak właśnie działa legenda o Wiłach i Solemirze. Wiły w tych opowieściach nie są od razu potworami. Są zachwycające, śpiewające, niemal nie z tego świata. Ich głos koi smutek i rozprasza ból, przez co stają się jeszcze bardziej niebezpieczne. Książę Solemir słyszy o nich od ludzi i rusza ku rzece, by ujrzeć ich piękno. Gdy już raz je zobaczy i usłyszy, nie potrafi zapomnieć. Wabi go to, co nie powinno należeć do człowieka. W jednej z wersji rodzi się z tego uczucie tak silne, że prowadzi do budowania, czekania i tęsknoty, która nie znajduje ukojenia. Wisła staje się w tej legendzie nie tylko rzeką, ale granicą między ludzkim porządkiem a światem istot pięknych, lecz nieuchwytnych.
Legenda o Wiłach uczy, że nie wszystko, co piękne, jest dla człowieka dobre. Są zachwyty, które nie kończą się spełnieniem, lecz utratą. Są głosy, które lepiej podziwiać z daleka, niż za nimi iść. Solemir nie przegrywa z potworem, ale z własnym oczarowaniem. I właśnie dlatego ta opowieść jest tak subtelnie mroczna — bo mówi o pokusie piękna, które odciąga człowieka od jego świata i nie daje mu nic w zamian poza niespełnieniem.
Zmora, mara, nocnica
Na koniec zostaje strach najbliższy. Nie ten z lasu, nie ten z zamku, nie ten z rzeki. Ten, który siada człowiekowi na piersi we własnym domu. Zmora, zwana także marą lub nocnicą, należy do najtrwalszych postaci polskiej demonologii ludowej. Badania etnolingwistyczne opisują ją jako nocną zjawę duszącą ludzi, zwierzęta, a nawet wysysającą z nich siły życiowe. W tradycji ludowej mogła być duszą żywej osoby, która nocą opuszcza ciało, albo istotą półdemoniczną przybierającą różne postaci — kota, myszy, żaby, cienia czy ledwie odczuwalnego ciężaru. Na stronie Festiwalu Mocy motyw ten pojawia się dokładnie w tym kontekście: zmora siada na piersi śpiącego, dławi oddech i sprawia, że człowiek budzi się z uczuciem, jakby wrócił z bardzo dalekiej, ciemnej drogi.
Zmora jest może najgłębszą ze wszystkich tych opowieści, bo dotyka lęku najbardziej intymnego. Nie trzeba wychodzić do puszczy, nie trzeba iść pod ruiny ani nad rzekę. Wystarczy zamknąć oczy. To legenda, która pozwalała dawnym ludziom nazwać doświadczenie bezdechu, paraliżu, ucisku i nocnego przerażenia. Ale zarazem niesie prostą naukę: człowiek nie jest wszechmocny nawet we własnym domu. Potrzebuje ochrony, rytuału, modlitwy, ziół, bliskości innych. Zmora uczy pokory wobec nocy, ale też przypomina, jak bardzo od zawsze chcieliśmy oswoić lęk, nadając mu imię.
Wniosek
Mroczne legendy Świętokrzyskiego uczą rzeczy zaskakująco konkretnych. Madej mówi o winie i możliwości nawrócenia. Kak o niejednoznaczności ludzkiej natury. Halina o ofierze większej niż życie. Widmo husarza o przemijaniu chwały. Adelajda o cichej odwadze. Utopiec, Południce i Zmora o granicach, których człowiek nie powinien lekceważyć. Wiły o pięknie, które potrafi odciągnąć od tego, co własne i prawdziwe. Razem tworzą nie tylko zbiór strasznych historii, lecz także ludowy kodeks ostrzeżeń: nie bądź pyszny, nie gardź świętością, nie lekceważ natury, nie daj się zwieść pozorom, pamiętaj, że każde miejsce ma swoją granicę. I może właśnie dlatego te opowieści wciąż są żywe — bo pod ich mrokiem kryje się bardzo ludzkie, bardzo potrzebne światło.
Źródła:
https://festiwalmocy.eu/category/legendy/
https://festiwalmocy.eu/slowianski-bestiariusz/
https://parklegend.pl/
https://parklegend.pl/legendy/
https://goryswietokrzyskie.travel/legendy/legenda-o-zboju-madeju/
https://goryswietokrzyskie.travel/legendy/legenda-o-zboju-kaku/
https://goryswietokrzyskie.travel/legendy/legenda-o-halinie-co-sandomierz-ocalila/
https://goryswietokrzyskie.travel/legendy/legenda-o-zamku-krzyztopor/
https://parklegend.pl/legenda-o-adelajdzie-z-debna-i-zagrabionych-relikwiach/
https://www.polskatradycja.pl/legendy/swietokrzyskie/legenda-o-poludnicach.html
https://www.polskatradycja.pl/legendy/swietokrzyskie/wila-i-solemir.html
https://cejsh.icm.edu.pl/cejsh/element/bwmeta1.element.desklight-39742c0e-d19e-4652-8dcc-87901028b5b3
